
Dokładnie 28 lat temu, 14 lutego 1998 roku, mazurskie niebo i wody jeziora Śniardwy stały się sceną dramatu, który do dziś pozostaje jedną z najczarniejszych kart w historii polskiego lotnictwa turystycznego. To, co miało być podniebną przygodą nad „Mazurskim Morzem”, w ciągu kwadransa zmieniło się w walkę o życie, którą wygrał tylko jeden człowiek. Ten tragiczny dzień przypomina Mazurska Służba Ratownicza.
Popołudnie pod hotelem „Gołębiewski” w Mikołajkach nie zwiastowało tragedii, choć aura budziła niepokój. Nad regionem zalegała gęsta, mleczna mgła, ograniczająca widzialność do zaledwie 300 metrów. Mimo to, siedmioro turystów z obwodu królewieckiego zdecydowało się na lot widokowy śmigłowcem Mi-2.
Za sterami maszyny zasiadł doświadczony pilot. Zdecydował się na lot nisko nad taflą wody, próbując utrzymać kontakt wzrokowy z powierzchnią jeziora. Był to błąd, który okazał się wyrokiem. Po około 15 minutach od startu, podwozie maszyny uderzyło o lustro wody. Śmigłowiec w ułamku sekundy zatonął w lodowatej toni Śniardw.
Nadludzka walka Wiaczesława
Z ośmiu osób znajdujących się na pokładzie, katastrofę przeżył tylko Wiaczesław Baticzew, wówczas 38-letni mężczyzna. Jego relacja z tamtych chwil mrozi krew w żyłach. Według jego zeznań, samo uderzenie o wodę zabiło tylko jedną osobę. Pozostali pasażerowie zdołali wydostać się z wraku.
Dramat rozegrał się chwilę później. W wodzie o temperaturze bliskiej zeru, otoczeni nieprzeniknioną mgłą, pasażerowie stracili orientację. Nie widzieli brzegów, nie wiedzieli, w którą stronę płynąć. Baticzew patrzył, jak jego towarzysze po kolei nikną pod wodą, umierając z wycieńczenia i hipotermii. On sam spędził w jeziorze blisko godzinę, zanim nadeszła pomoc. Gdy trafił do szpitala w Piszu, był w stanie głębokiego szoku i skrajnego wychłodzenia organizmu.
Rybacy pierwsi na ratunek
Sygnał o zaginięciu maszyny postawił na nogi wszystkie służby. Jako pierwsi do akcji ruszyło nie wojsko czy wyspecjalizowane jednostki, ale rybacy z Głodowa i Niedźwiedziego Rogu. To oni, znając jezioro jak własną kieszeń, przedzierali się przez mgłę swoimi łodziami.
- Natrafili na plamę oleju, dryfujące szczątki maszyny oraz trzy ciała unoszące się na wodzie – wspominają ratownicy Mazurskiej Służby Ratowniczej (MSR).
Wkrótce na miejscu pojawiło się sześć zastępów straży pożarnej, karetki oraz ratownicy MSR, którzy o 14:40 oznaczyli miejsce zatonięcia bojami.
Walka z naturą o ciała ofiar
Akcja wydobywcza okazała się logistycznym koszmarem. Natura nie ułatwiała zadania. Silny wiatr przesunął boje oznaczające wrak, co zmusiło ratowników do ponownego przeszukiwania dna. Barka z dźwigiem płynąca z Okartowa musiała torować sobie drogę przez zamarznięte fragmenty jeziora. Maszyna spoczywała na głębokości 12 metrów.
Dopiero 17 lutego udało się ponownie zlokalizować Mi-2, a dzień później wydobyć wrak na powierzchnię. Najsmutniejszy etap akcji trwał jednak do 20 lutego – to wtedy odnaleziono ciało ostatniej, siódmej ofiary katastrofy.
Lekcja, o której nie wolno zapomnieć
Oficjalne raporty jako przyczynę tragedii wskazały błąd pilota oraz decyzję o locie w ekstremalnych warunkach pogodowych. Dziś, po 28 latach, Mazurska Służba Ratownicza przypomina o tym wydarzeniu nie tylko ku czci ofiar, ale i ku przestrodze. Śniardwy, choć piękne, w obliczu błędu i lekceważenia żywiołu, potrafią być bezlitosne.






Serwis mazury24.eu nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy i opinii. Prosimy o zamieszczanie komentarzy dotyczących danej tematyki dyskusji. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.
Artykuł nie ma jeszcze komentarzy, bądź pierwszy!