
Wielki Piątek na dawnych Mazurach wyglądał zupełnie inaczej niż w większości regionów dzisiejszej Polski. Aby to zrozumieć, musimy pamiętać o jednej kluczowej różnicy: do 1945 roku Mazury były regionem w przeważającej mierze ewangelickim, w przeciwieństwie do sąsiedniej, katolickiej Warmii.
Dla mazurskich ewangelików Wielki Piątek był najważniejszym i najbardziej uroczystym dniem w całym roku liturgicznym – traktowano go z bezwzględną powagą, ogromnym pietyzmem i głęboką ciszą.
Wielki Piątek był dniem absolutnego skupienia. Centralnym punktem były nabożeństwa, które trwały niezwykle długo – niekiedy Mazurzy spędzali w kościele nawet do 8 godzin. Kościoły były tego dnia przepełnione, a nabożeństwa miały bardzo surowy, żałobny charakter.
Zanim jednak wszyscy ruszyli do kościołów, rano na mazurskich wsiach robiło się bardzo głośno. Grupy chłopców biegały od domu do domu z drewnianymi kołatkami (klekotkami). Ponieważ w kościołach „zawiązywano” dzwony na znak żałoby po śmierci Chrystusa, to właśnie ten hałas miał przypominać mieszkańcom o powadze dnia i wzywać ich na poranne nabożeństwa.
Mazurzy podchodzili do postu w tym dniu bez żadnych kompromisów. Z jadłospisu całkowicie znikał tłuszcz zwierzęcy i mięso. Dzieci często dostawały jedynie pajdę suchego chleba. Typowym posiłkiem dla dorosłych były kluski ze śliwkami lub postny śledź w occie z cebulą. Na kolację jadano chleb maczany w oleju lnianym i popijano go gorzką, czarną kawą.
Choć Mazury były protestanckie, kultura ludowa mocno mieszała się tu z dawnymi wierzeniami i rytuałami. W wielu wsiach istniał bardzo ciekawy, archaiczny zwyczaj palenia najstarszego krzyża we wsi. Nie miało to nic wspólnego z profanacją – wręcz przeciwnie. Popiół ze spalonego krzyża zbierano z nabożnym szacunkiem, wierząc, że rozsypany w zagrodzie lub symbolicznie spożyty ochroni domowników przed chorobami (zwłaszcza bólem gardła) i nieszczęściem przez cały kolejny rok.
W niektórych domach praktykowano też wieczorny rytuał uderzania się po nogach (biczowania) świeżo zerwanymi gałązkami tarniny lub jałowca. Miało to symbolizować rany Chrystusa i ból, jaki zadała mu korona cierniowa.
Warto dodać, że w tamtych czasach na Mazurach nie znano zwyczaju święcenia potraw (czyli tradycyjnej święconki w koszyczku), a w Niedzielę Palmową nie przygotowywano kolorowych palm. Te tradycje przywędrowały na te tereny dopiero po II wojnie światowej wraz z ludnością katolicką.






Serwis mazury24.eu nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy i opinii. Prosimy o zamieszczanie komentarzy dotyczących danej tematyki dyskusji. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.
Artykuł nie ma jeszcze komentarzy, bądź pierwszy!